skip to Main Content
Menu
618774526, 532458491 [email protected]
Miś Pana Andrzeja

Miś Pana Andrzeja

Miś polarny w moim domu

Zza skalnego załomu powiało lodowatym powietrzem. Szliśmy gęsiego jakieś 50 m jeden od drugiego. Ośmiu chłopaków w obcej, niezmierzonej przestrzeni topniejącego lodu, mchu, skał i wszechobecnej wody. Szedłem ostatni. Niosłem 30 kilogramów prowiantu i obowiązkowy sztucer na wypadek niespodziewanego spotkania z białym niedźwiedziem. O tej porze roku takie spotkanie było mało prawdopodobne, bo lody topniały na potęgę, a misie polarne zazwyczaj polują na foki ze śniegiem w tle. Niemniej, od wielu już lat lodowce na tyle się kurczyły, że głodne misie coraz częściej rezygnowały ze swych utartych przyzwyczajeń, aby tylko napełnić puste żołądki. Polujący miś raczej nie byłby dla takiego jak ja intruza łaskawy.

A jednak. 

Wychylił głowę zza skały i utkwił swe przenikliwe czarne ślepia w mojej postaci. Wydawało mi się, że patrzy mi prosto w oczy i mówi „i co teraz kolego?”. Nie miałem żadnych szans. Zanim sięgnąłbym po karabin, spróbowałbym przeładować i wystrzelić, niedźwiedź zdążyłby zrobić ze mnie potrawkę w warzywach i podać swym dzieciom z beztroskim stwierdzeniem: „patrzcie, co mamusia wam dzisiaj upichciła”.

Patrzyliśmy sobie w oczy, a chwila ta zdawała się trwać w nieskończoność. Moi koledzy zniknęli za oddaloną o sto metrów skałą. Zostałem sam na sam z bestią i to w dodatku w jej domu. 

Niedźwiedź powoli wyszedł zza skały. Był ogromny i piękny. Nie mogłem się oprzeć zachwytowi, mimo iż wiedziałem, że to jedno z ostatnich moich doznań na tym świecie. Zrezygnowałem z jakiegokolwiek oporu. Wiedziałem, że to nie ma żadnego znaczenia. Upajałem się tą chwilą i starałem się nie myśleć o przerażeniu. 

Niedźwiedź podszedł bliżej i niemal dotknął mojej twarzy. Był tak wielki, że bez trudu zmieściłbym się w jego paszczy wraz z plecakiem. Nagle, delikatnie dotknął swym czarnym, wilgotnym nosem mego policzka i dokładnie mnie obwąchał, Sparaliżowany strachem i beznadzieją sytuacji, nawet się nie poruszyłem. Poczułem, jak olbrzymi jęzor oblizuje moją twarz. Nic poza tym. Nie ugryzł mnie, nie rozszarpał, nie przydusił swoim wielkim cielskiem. Nie wiem dlaczego, zacząłem się do niego przybliżać. Wyciągnąłem ku niemu ręce i próbowałem go objąć. Taka desperacja w chwili śmierci. Niedźwiedź jakby się odsunął i stanął na dwóch łapach. Był większy od otaczających nas gór. Popłynęły mi łzy. Nie mogłem powstrzymać płaczu. Biały niedźwiedź stał o pól kroku ode mnie, a ja płakałem wszystkimi łzami ludzkości. Usłyszałem, jak plecak z karabinem uderzyły o kamienną posadzkę Spitsbergenu. Bezwiednie wtuliłem się w białe futro świata. 

Gdzieś w oddali usłyszałem odgłosy ludzkich nawoływań. To moi koledzy biegli mi na ratunek. Niedźwiedź też ich oczywiście usłyszał. Ryknął przeraźliwie. Odsunął się o parę kroków. Jeszcze raz prześwidrował mnie swymi oczyma. Dojrzałem w nich bezdenny smutek i żal. Odwrócił się ku moim kolegom, którzy szarpali się z bronią. Raz jeszcze zaryczał i zniknął za skalnym załomem, tak nagle, jak się pojawił.

 

Do odlotu zostało 40 minut. Rutynowa kontrola. Konfiskata muszli, kamieni, poroży reniferów. Ludzie okradają Ziemię na każdym kroku. Przez wielkie okno spoglądałem na ośnieżone wzgórza Svalbardu. Dużo żartowaliśmy. Wracaliśmy do cywilizacji po kilku tygodniach samotności na północnym krańcu świata. Nagle zobaczyłem na plastikowym fotelu tuż obok moich rzeczy małego pluszowego misia. W pobliżu nie było żadnego dziecka. Nikogo. Podniosłem misia i przez chwilę wydawało mi się, że widzę ten sam błysk w oku, który na zawsze zapadł mi w pamięć. Zacząłem szukać właściciela. Nikt nie chciał przyznać się do misia, a stewardesa obsługująca loty powiedziała mi, że prawdopodobnie ktoś lecący wcześniej zostawił misia, którego kupił w sklepiku z pamiątkami. 

– Mają ich tam tysiące – powiedziała.

„Tysiące”. Pomyślałem i postanowiłem zabrać sierotę ze sobą. 

Pluszowy miś mieszka odtąd razem ze mną tu, w Polsce. Od lat opiekuje się nim moja córeczka.  Patrząc na pluszaka, zawsze myślę o owym polarnym przyjacielu, który obdarował mnie drugim życiem. Myślę, jak sobie radzi w swoim znikającym świecie, a może sam ruszył już w swą ostatnią podróż ku Wielkiej Niedźwiedzicy?

 

Andrzej Łukaszkiewicz

Powiększ tekst Zmień kontrast
Back To Top