Kolejny rozdział niezwykłej włoskiej przygody Jazzy Band. 

Wyjazd do Włoch był jedną z tych przygód, które totalnie zostają w głowie i w sercu na zawsze.

Już pierwszego dnia poczuliśmy, że to będzie coś naprawdę wyjątkowego. Koncert w samym centrum Brescii dla Trinity College London – upał jak na pustyni, instrumenty żyjące własnym życiem – a mimo to daliśmy z siebie wszystko. Graliśmy z dumą, z emocjami i z takim poczuciem: „Wow, naprawdę tu jesteśmy”. 

Drugiego dnia wpadliśmy prosto w rollercoaster emocji… dosłownie. Gardaland to był czysty ogień. Adrenalina skakała nam jak szalona. Nawet ci, którzy na początku mówili „nie ma mowy, nie wsiadam”, w końcu się przełamali. Krzyki, śmiech, drżące nogi i uśmiechy od ucha do ucha – dzień idealny. 

Trzeci dzień był spokojniejszy, ale równie magiczny. Wizyta w włoskiej szkole dała nam szansę poznać super ludzi, którzy od razu przyjęli nas jak swoich. A wieczór nad jeziorem Garda… no po prostu bajka. Zachód słońca, ciepły wiatr, rozmowy, które mogłyby trwać całą noc. To był ten moment, kiedy każdy z nas poczuł, że tworzy się coś ważnego. 

Czwartego dnia czekał nas stres level hard – koncert na Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym w Bornato. Obok nas zespoły z Niemiec, Irlandii i Włoch. Presja była ogromna, ale publiczność była tak ciepła i pozytywna, że cały stres po prostu stopniał. Graliśmy z serca, a energia widowni niosła nas jak fala. Było fantastycznie. 

Piąty dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Brescii razem z uczestnikami festiwalu. Miasto jest przepiękne – eleganckie, klimatyczne, pełne historii i tego włoskiego luzu, który udziela się każdemu. A wieczorem… mecz z naszymi włoskimi kolegami. Wygraliśmy 9:2,  mimo że wszystko było na poważnie – profesjonalne boisko, stroje, hymny – to wynik nie był najważniejszy. Liczyła się atmosfera, wspólna zabawa i to, że dogadywaliśmy się bez problemu, nawet jeśli nie zawsze w tym samym języku. 

Szósty dzień był zdecydowanie najtrudniejszy. Pożegnania nigdy nie są łatwe, a to bolało szczególnie. Uściski, podziękowania, obietnice, że jeszcze się zobaczymy. Rodziny, które nas gościły, traktowały nas jak swoich – ciężko było od nich odjeżdżać. A kiedy na lotnisku burza opóźniła nasz lot, mieliśmy jeszcze chwilę, żeby pomyśleć o tym, jak bardzo ten wyjazd nas zmienił. 

Włochy zostawiły w nas ślad – w postaci wspomnień, przyjaźni, wzruszeń i doświadczeń, które będą wracać do nas przez całe życie. 

Beata Chrościńska

 

 

Przejdź do treści